Minimalblog

700 milionów naiwniątek czyli facebook to nie internet

autor: DG
5.07.2011

Przeczytałem niedawno zadziwiającą informację: okazuje się, iż niemała część firm zaczyna hołdować pewnej tendencji (a może raczej modzie) i częściej aktualizuje swoje facebookowe profile (tzw. fanpages) niż własne firmowe strony internetowe. Nie ukrywam, że poczułem się zaniepokojony. Wydawało mi się, że źródłem najbardziej wiarygodnych informacji o danej firmie czy produkcie jest właśnie firmowy portal. A tu masz: okazuje się, że jeśli nie jesteś fanem firmy X i nie śledzisz na bieżąco jej facebookowego profilu, może cię sporo ominąć.

Niech będzie, pomyślałem, ot, signum temporis, trzeba iść z duchem czasu. Kiedy jednak staniesz się „fanem” trzystu firm i dorobisz pięciuset „znajomych”, dopiero możesz poczuć się „osamotniony”. Bo i cóż oznacza fakt, że jesteś czyimś „fanem”? Zupełnie nic. A o czym świadczy fakt, że masz mnóstwo „znajomych”? Chyba tylko o tym, że zatraciłeś ochotę na spotkanie z ich żywymi wcieleniami.

Pamiętam pewne trafne spostrzeżenie, iż portal pana Z. (młodzieniaszka, który nawet nie wie, że podając rękę, komukolwiek, nie tylko prezydentowi Sarkozy’emu, nie trzyma się drugiej w kieszeni)

Nicolas+Sarkozy+Mark+Zuckerberg+Nicolas+Sarkozy+LThFEBBRtCel.jpg

przypomina wielką czarną dziurę, do której (jak to z czarną dziurą bywa) wpada mnóstwo informacji, a na zewnątrz nie wydostaje się nawet… światło. Co przemawia za facebookiem? Wszyscy tam są, ktoś powie – a cóż można znaleźć niezwykłego, niecodziennego, odkrywczego w miejscu, które wszyscy już znają, skoro wszyscy tam są? Jaką wartość ma twoje kliknięcie w „Lubię to!? Niewielkie, głównie dla speców od marketingu, którzy dzięki temu będą w stanie skorzystać z twojej naiwności i… podsunąć ci „właściwszy” produkt. Jeśli nie ma cię na facebooku, nie istniejesz – cóż, może ta wirtualna nieobecność to nowoczesna forma nirwany.

Okazuje się, że dokonująca się na społecznościowych portalach selekcja upodobań, a także proces „uczenia się” internetowych wyszukiwarek, dzięki którym internet niejako dostosowuje się do naszych indywidualnych profili, „niechcący” prowadzi do paradoksu współczesności – do zaniku innowacyjności w myśleniu i tworzeniu nowych idei, do zamykania się we własnych „gettach”, opornych wobec napływu odmiennych sądów. Kupując w amazonie skandynawski kryminał, jesteś kuszony do zakupu „innych” skandynawskich kryminałów, które podsuwa ci „inteligentny” sklep w dziale „Inni kupili również…”. Skutek łatwy do przewidzenia: kryminały będziesz znał tylko skandynawskie, najlepiej te, które się dobrze sprzedają. Czyż to nie jest zupełne zaprzeczenie idei swobodnej wędrówki między regałami rzeczywistej biblioteki i „przypadkowych odkryć” własnych lektur. Pamiętacie Cmentarz Zapomnianych Książek z „Cienia wiatru” Zafona?

Przez niespełna pół godziny błądziłem po zakamarkach tego labiryntu, nad którym unosiła się woń starego papieru, kurzu i magii. Pozwalałem swoim dłoniom wędrować po niekończących się rzędach wystających grzbietów, kusząc los, żeby pokierował moim wyborem. Zerkałem na spłowiałe tytuły, słowa w rozpoznawanych przeze mnie językach i w wielu innych językach, których nie byłem zdolny czemukolwiek przyporządkować. Kręciłem się po korytarzach i spiralach tuneli zapełnionych setkami, tysiącami tomów sprawiających wrażenie, że wiedzą o mnie więcej niż ja o nich. Dość szybko zawładnęła mną myśl, iż pod okładką każdej z tych książek czeka na odkrycie bezkresny wszechświat, podczas gdy za tymi murami życie upływa ludziom na futbolowych wieczorach, na radiowych serialach, na własnym pępku i tyle.

Chciałoby się rzec: nie bądźmy naiwni, sądząc, że facebook został stworzony z myślą o nas. Świat nie kończy się w facebooku, zaś jego złożoności nie da się wycisnąć jak cytryny i wyrazić w 140 znakach i symbolach twitterowego tamtamu. A przy wyborze lektur nie kierujmy się podpowiedziami bezdusznego automatu, lecz zdajmy się na przypadek, własną intuicję oraz… żywą rozmowę z żywymi znajomymi.