iPad dla niepełnosprawnego. Kaprys czy realna pomoc?
autor: Ka.
27.08.2011
Piątek, listopadowy wieczór. Cieszę się z nadchodzącej wolnej soboty, trochę martwi mnie przeciągające się przeziębienie. Biorę gorącą kąpiel. Wychodzę z łazienki i nagle zakręca mi się w głowie. Chcę pójść w lewą stronę, a rzuca mną w prawo. Prawie upadam. Żona uważnie mi się przygląda, wszak jestem wg lekarza zaziębiony, ale objawy są dziwne. Bolą mnie nogi, głowa, słabnę, w ciągu kilku dni straciłem zdolność ostrego widzenia, najpierw w lewym oku, potem w prawym. Szybko musiałem zrobić sobie okulary. Aneta składa fakty i dzwoni po pogotowie. Pakuję się do szpitala. Przybory toaletowe, bielizna, książki, gazety, iPod… To pewnie osłabienie, poleżę kilka dni, poczytam, odpocznę. Zrobią mi badania, może to jakiś niedobór. Mój ojciec kiedyś upadł w kuchni, wiozłem go na pogotowie, brak potasu. Kroplówka, obserwacja i do domu. Wyobrażam sobie podobny scenariusz. Zatrzymują mnie w szpitalu. Pierwszego dnia mam zawroty głowy, gdy wstaję do toalety, nogi mnie ledwo niosą. Drugiego dnia muszę do łazienki jechać na wózku, nie mam siły wstać. Trzeciego już nie ruszam rękami i nogami, ba, ja ich nie czuję. Palce nie umieją sobie poradzić z sięgnięciem po kaczkę ani z gumką w spodniach od piżamy. Mam już jasność, nie będzie czytania książek w szpitalu, z internetu też nie skorzystam, bo nie umiem wziąć telefonu do ręki, zresztą nie odczytam nic z wyświetlacza, a wyjęcie okularów z etui jest niemożliwe. Palce mam zimne, sztywne, podkurczone. Kończynami ruszam kiepsko i nie umiem ich skoordynować lub trafić ręką do celu. Chcę podrapać się po uchu, a mało nie wybijam sobie oka. Zostanę w szpitalu dłużej. Stałem się niepełnosprawny. Pielęgniarki muszą mnie karmić i przekręcać na łóżku, sam nie jestem w stanie tego zrobić. Mogę tylko leżeć.
Wychodzę ze szpitala dwa dni przed świętami Bożego Narodzenia. Wychodzę, co za słowo. Wywożą mnie. Wnoszą na piętro, kładą na łóżku. W rodzinie zapada decyzja nt. prezentu dla mnie. Marzyłem o Macbooku Air, ale dostanę iPada.
Wybór pada na wersję 3G. Wiadomo bowiem, że czekają mnie jeszcze wizyty w oddziałach rehabilitacyjnych i sanatorium. Nie wszędzie jest WiFi. Internet z sieci komórkowej będzie więc jak znalazł. Wszystko brzmi ładnie, ale ja tak chciałem Macbooka Air… Aneta kładzie obok mnie mojego wysłużonego MBP. Szarpie się, bym choć trochę miał plecy oparte o ścianę. Mówię jej jak ustawić czułość gładzika na najmniejszą, a ruchy wskaźnika na najwolniejsze. Próbuję trafić w Dok, uruchomić Safari. Nie udaje się. Nawet nie podejmuję kolejnej próby. Sytuacja jest beznadziejna, moje dłonie są aż tak niesprawne. Najgorsza jest myśl, że nie wiadomo, czy i kiedy będą choć trochę lepsze. No to iPad. Wszyscy są przekonani, że dzięki filozofii obsługi tego urządzenia będę mógł jakkolwiek z Internetu skorzystać.
Jest. Zdziwił mnie brak słuchawek w zestawie, poza tym same dobre wrażenia. Niemiłym zgrzytem okazuje się konieczność podłączenia iPada do komputera z uruchomionym iTunes. Na szczęście wkrótce, wraz z nadejściem iOS 5 ma to być już przeszłość. Dalsze kroki konfiguracji są bajecznie proste. Posiadam konto MobileMe, szybko więc mam w iPadzie zakładki Safari, adresy i pocztę. O wykonanie konfiguracji musiałem poprosić Anetę, nie ząjmuje jej to jednak dużo czasu. Teraz iPad trafia w moje ręce. Ikonki są duże, otoczone sporą ilością wolnej przestrzeni, udaje mi więc w nie trafiać, a jeśli nawet nie, to nie uruchamiam przypadkowo zupełnie innej ąplikacji od zamierzonej. Na pierwszy ogień idzie Safari. Niestety, wpisywanie adresów stron www już nie idzie tak gładko jak samo wywoływanie aplikacji. Mimo, że w ułożeniu poziomym klawiatura ekranowa jest dosyć spora, wielokrotnie uderzam w sąsiednie klawisze, a gdy próbuję wymazać znak, trafiam w “return” i tym samym każę przeglądarce iść pod niewłaściwy adres. Minie dobrych kilka tygodni rehabilitacji zanim zacznę poprawnie wpisywać proste rzeczy jak adresy w przeglądarce, loginy i hasła. Po dłuższym czasie przywykam, umiem stworzyć kilkuwyrazowy wpis na Facebooka, ba, zaczynam wdawać się w polemiki, a to oznacza wypowiedzi złożone z kilkunastu zdań. Obecnie, a minęło pół roku od “wypłukania” choroby z mojego organizmu, korzystam naprzemiennie z laptopa i iPada. Być może tak bardzo przywykłem, a może jednak korzystanie z klawiatury ekranowej jest jednak prostsze, bo wolę dłuższe teksty tworzyć na iPadzie. Ten artykuł również powstaje na tablecie, w nieocenionym programie Writeroom. Zakupiłem go kiedyś w wersji dla iPhone, miał mi służyć do prostych notatek. Dziś jest to program uniwersalny, w przypadku iPada dodaje on piąty rząd klawiszy z najczęściej używanymi znakami przestankowymi oraz klawiszami sterowania kursorem. Oferuje również synchronizację “w locie” z Dropboxem. Muszę jednak zaznaczyć, że moje ręcę nie powróciły jeszcze do pełnej sprawności, nie potrafię np. nalać soku do szklanki, z wielkim trudem i bardzo powoli wiążę sznurowadła, może więc ta utrzymująca się niesprawność decyduje o wyborze klawiatury iPada nad tą zwykłą, komputerową.
Cofnijmy się jednak w czasie o tych kilka misięcy. Odkrywam, że Safari umożliwia utworzenie skrótu na pulpicie do każdej strony. Choć nie radzę sobie jeszcze z adresami, Aneta wpisuje podane przeze mnie strony i tworzy do nich skróty. Jestem uratowany: mogę zaglądać w swoje ulubione internetowe miejsca bez użerania się z koniecznością wpisywania adresu. Dotykam ikony i już mam minimalmac.pl czy tvn24.pl. Ktoś mógłby powiedzieć, przecież wraz z synchronizacją konta MobileMe, do iPada wgrały się tzw. “ulubione”. Tak, to prawda. Ja jednak nie mogłem wówczas z nich skorzystać, bo pasek ulubionych w Safari był dla mnie za wąski, a same literki za małe. Nie mówiąc już o tym, że nawigacja wewnątrz folderu z ulubionymi wymagała precyzyjnego ruchu palcem w dół lub górę, a tego nie byłem w stanie wtedy wykonać. Także duże ikony na pulpicie okazały się rozwiązaniem idealnym: mogłem internet czytać, nawigować po stronach nie musząc umieć pisać.
Niestety, nawet gdy już byłem zdolny, by wpisać hasło w iTunes, długo nie mogłem zrobić backupu urządzenia. To wymaga ciągle (iOS 4.x ) podłączenia iPada do komputera. Musiałem się więc usprawnić na tyle, by móc to zrobić. Nawet jeśli dziś to nie problem, to i tak nie słucham z iPada muzyki. Konieczność przerzucenia list odtwarzania z komputera do tabletu zdecydowanie mnie zniechęca. Ciągle korzystam ze starego iPoda video, do którego wgrywałem ulubione płyty od 2006 roku. Absolutnie nie chce mi się tego mozolnego procesu powtarzać. Bibliotekę mp3 trzymam na jednym dysku zewnętrznym i jednym sieciowym. Bardzo brakowało mi możliwości podpięcia do iPada dysku USB lub dostania się do sieciowego, by “dobrać” się do zbioru muzyki. Umieszczenie muzyki w “chmurze” Dropbox też nie rozwiązuje do końca problemu. Mogę, owszem, jej posłuchać, ale dalej nie umieszczę jej fizycznie w iPadowym odtwarzaczu muzyki. Pół biedy w domu, gdzie mam WiFi, ale w szpitalu skazany jestem na ucieczkę danych z pakietu 3G. Lub na iPoda, którego przytomnie zachowałem przez te lata, podejrzewając, że ani iPhone, ani tym bardziej iPad go nie zastąpią.
Z podobnych względów zrezygnowałem z iPada w roli odtwarzacza filmów. Owszem, są na rynku odtwarzacze umożliwiające oglądanie filmów zapisanych w całym spektrum formatów, ale znowu wymagają podłączenia do komputera z iTunes. Owszem, po czasie to przestał być problem, ale gdy umiem już sobie skorzystać z komputera, to oglądam film bezpośrednio na laptopie, zamiast bawić się w wykonywanie całej masy zbędnych działań.
Z konieczności dałem nura w serwis YouTube i odkryłem w nim mnóstwo filmów, klasykę polską i światową, a także sporą ilość nowszych filmów. Jako “końcówka” do YouTube iPad sprawia się świetnie. Program do obsługi serwisu działa stabilnie i jest prosty w obsłudze. Od początku dawałem sobie z nim radę. Wystarczyło mi wklepać jeden tytuł, a dalej, dzięki podpowiedziom kontekstowym, było zawsze w czym wybierać. Słówko o niewątpliwych dylematach natury prawnej, wszak w serwisie YouTube nie powinny znajdować się np. “Powrót Jedi” czy “Tatarak”. Z mojego punktu widzenia, na ów moment paraliżu kończyn i przykucia do łóżka, wdzięczny byłem, że ktoś te filmy w serwisie umieścił, a moderatorzy przysnęli. Z drugiej strony nie sądzę, by istniała konieczność pilnowania dystrybucji takich filmów jak “Siódma pieczęć” czy “Milczenie” Bergmana. To już jest jednak klasyka. Lub tytułów emitowanych wcześniej w telewizji ogólnodostępnej. Sporo ze wrzutek youtube’owych miało logo znanych ogólnopolskich stacji telewizyjnych…Z drugiej strony cenię Apple za prostotę sklepu i wypożyczalni iTunes. Kilka dotknięć i mam swój ulubiony serial lub film w iPadzie i mogę go obejrzeć (posiadam amerykańskie konto). Dlaczego nie w Polsce???
Przypuszczam więc, że użytkownikowi zza oceanu mniej doskwiera pewna nagłośniona wada iPada - mianowicie brak obsługi Adobe Flash czy MS Silverlight. Wchodziłem na VOD Onetu lub Gazety i oczywiście były to zasoby nie dla mnie z powodu braku obsługi wyżej wymienionych standardów. W momencie premiery iPada nie miałem wyrobionej opinii na ten temat, ale raczej było mi to obojętne. Dziś skłaniam się do przekonania, że jest to wada, mocno uciążliwa. Nic nie stało na przeszkodzie, by obsługę Flasha umożliwić, a Safari wyposażyć w suwaczek blokujący lub uruchamiający wtyczki.
Z muzyką zgromadzoną na dyskach w ogóle mi nie poszło, z filmami poszło tak sobie, za to z elektronicznymi publikacjami wyszło świetnie. Nawet nie szukałem dodatkowych programów, pozostałem przy domyślnej aplikacji iBooks. Mam pewien zbiór e-booków w zasobach Dropbox. Wystarczy weń wejść, wskazać tytuł i dotknąć ikonki w prawym górnym rogu. Program zaproponuje otwarcie pliku w aplikacji iBooks. Książka elegancko wędruje na półkę i jest dostępna w trybie offline. Pamiętam siebie z czasu premiery iPada. Mówiłem, że nic nie zastąpi zapachu papieru, jego faktury, słowem wszystkiego, co kojarzy się z tradycyjną książką. Aż tu nagle przyszedł taki czas, że nawet gdy mi książkę podano do łóżka, nie byłem w stanie przewracać kartek. Co innego iBooks, tu wystarczy tylko przesunąć palcem po ekranie. To byłem w stanie zrobić, nawet w najgorszym stadium choroby. Krótko mówiąc pokochałem czytanie na iPadzie. Uważam, że ma do tego idealną wielkość ekranu (9,7 cala ) i proporcje (4:3), co czyni wygodnym czytanie z urządzenia zarówno ustawionego w poziomie jak i w pionie. Choć podobają mi się tablety z Androidem, to w większości wyposażone są w ekrany panoramiczne - zbyt wąskie przy ustawieniu pionowym, za niskie i szerokie przy ułożeniu w poziomie. Do oglądania filmów takie ekrany może są lepsze, do czytania książek raczej chyba nie. Aczkolwiek mogę się oprzeć jedynie na przeczuciu, nie miałem w rękach innego tabletu, nie obraziłbym się za możliwość potestowania np. Motoroli Xoom. Są chętni na podesłanie sprzętu do testów? :)
Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić jeśli chodzi o program iBooks, to skromna liczba obsługiwanych formatów. Na dzień dzisiejszy to tylko ePub i PDF. Niby to załatwia kwestię większości publikacji dostępnych w internecie, ale zdażyło mi się ostatnio otrzymać wersję roboczą książki w formacie doc. Choć iPad umożliwia odczytanie plików doc czy rtf, to by wrzucić tę książkę do czytnika iBooks, musiałem prosić autorkę, by przysłała mi PDF-a.
Wspominam o całym szeregu działań wykonywanych na iPadzie, a słowa nie napisałem o czasie pracy na baterii. Sytuacja, w jakiej się znalazłem, była i jest dla mnie nowa. Nie lubię być zależnym, ani tym bardziej prosić kogokolwiek o cokolwiek. Ze względu na mój stan, było przy mnie całe mnóstwo rzeczy do zrobienia. Zabiegi pielęgnacyjne, posiłki, żadnej z tych rzeczy nie byłem w stanie wykonać sam. Chciałem więc ograniczyć do minimum prośby o zrobienie czegoś, co nie należało do arsenału spraw niezbędnych, a związanych z zapewnieniem opieki. Nie chciałem żonie zawracać głowy prośbami o podłączenie iPada do zasilania lub komputera w celu przerzucenia plików poprzez iTunes. I tak miała wówczas przy mnie mnóstwo zajęć. Przy mnie i przy naszych dzieciach, bo wraz z moją chorobą wszystkie domowe obowiązki spadły na nią. Człowiekowi patrzącemu na różne rzeczy z normalnej perspektywy sprawa podłączania iPada do komputera wydaje się banalna, wręcz pomijalna. Z innego punktu widzenia, w tym wypadku mojego, osoby wtedy bardzo chorej, to konieczność wykonania czynności zbędnych, których nie potrafiłem wykonać, a które trzeba zrobić, bo inżynierowie Apple miast upraszczać rzeczy, woleli je skomplikować. Tak jak nie rozumiem, że nie ma innej alternatywy niż podłączanie iPada do komputera z iTunes, tak baterii w tablecie muszę bić brawo. Jak już napisałem, było to w pewnym momencie moje urządzenie do wszystkiego, okno na świat. Czytałem książki, oglądałem jeden, czasem dwa filmy dziennie, “serfowałem” w Internecie. Słuchałem radia internetowego. Aneta podawała mi naładowanego iPada rano, około ósmej, zabierała go, by podłączyć do prądu, wieczorem, mniej więcej w okolicach dziewiątej. Często iPad nie był jeszcze całkowicie rozładowany.
Rozpocząłem swoje korzystanie z iPada wcale nie tak długo po oficjalnym pojawieniu się go w polskiej, oficjalnej dystrybucji. Minęło już kilka miesięcy, a dalej dziwi mnie brak niektórych aplikacji. Facebooka oficjalnego nie ma, a od płatnych nieoficjalnych zamienników, możnaby wymagać więcej. Skype w wersji dla iPada też pojawił się dopiero niedawno i ma pewną denerwującą przypadłość, która wynika z implementacji multitaskingu w iOS. Choć zaznaczam, że mam być ciągle online, to program w tle w żaden sposób nie informuje o swoim statusie. Trzeba dwoma szybkimi wciśnięciami przycisku “Dom” wywołać wstążkę z ikonami ostatnio używanych aplikacji i z niej przywołać ponownie aplikację, którą chcemy sprawdzić. Pomijam fakt, że przez długie tygodnie takie równomierne dwa wciśnięcia guzika “Dom” było dla mnie prawie awykonalne, i teraz wolałbym ikonę na pulpicie/w doku otwierającą przybornik z miniaturami otwartych aplikacji. Zobaczymy, co przyniesie pasek powiadomień w iOS 5. Może będzie w końcu wygodnie i będzie dla mnie jasne, czy jestem dostępny w Skype czy np. w Gtalku.
Nie znalazłem również aplikacji do wysłania fotek np. do Picasy czy Flickra, problem umieszczania zrzutek ekranu we wpisach na blogu rozwiązałem dopiero kupując program Blogpress. Widzę jednak, że nie rozwiązuje on zupełnie do końca problemu blogowania z iPada. Ale o tym może innym razem.
Tablet Apple nie jest urządzeniem w stu procentach stabilnym. Być może jest to bolączka jedynie pierwszej generacji iPadów, ale dosyć często zdarzają się samoczynne zamknięcia np. Safari podczas ładowania bogatych w treść stron. Nie pomaga czyszczenie pamięci podręcznej, jedyne rozwiązanie to wywołanie wstążki z ostatnio używanymi aplikacjami i ręczne zamknięcie kilku z nich. Podobnie samozamykającym się programem jest Pulse News Reader.
Co już napisałem wcześniej, przywykłem do klawiatury ekranowej iPada. Oczywiście w ułożeniu poziomym. To jednak, co nie przestało mnie przez te miesiące zadziwiać, to “głupota” systemowych podpowiedzi wyrazów. Włączyłem tę opcję mając nadzieję na ułatwienie sobie życia podczas tworzenia pierwszych dłuższych wypowiedzi na forum lub Facebook. Niestety, podpowiedzi w dziewięćdziesięciu procentach są głupie i nieadekwatne, w dodatku nie ma wyboru spośród kilku jak to ma miejsce np. w urządzeniach z Androidem. Ot, przed chwilą podpowiedź podczas pisania słowa “dziewięćdziesięciu” widniała “dziewięć zięcia ku”. Co to za słownik?! Żeby jeszcze wykazywał jakąś tendencję do uczenia się. Niestety. Nauka polega na tym, że miast durnowatych podpowiedzi, te nie pojawiają się w ogóle. Nie tracę jednak nadziei, może wraz z dużą ilością pisanych przeze mnie tekstów, słownik-podpowiadacz, zwiększy trafność oferowanych sugestii. Jeśli jednak ktoś jest w sytuacji takiej, w jakiej ja byłem, że pisanie to wysiłek dla dłoni, niech zapomni o suflerze (“syf erze” - kolejna podpowiedź). Na samym początku choroby podpowiedzi miałem wyłączone, wolałem mozolnie poskładać (“pism zdać”) wyraz z literek niż pozwolić, by z automatu wskoczyła w jego miejsce jakaś bełkotliwa ajpadowa (aj wdowa”) nowomowa (“nowa owa”).
Jeśli iPad, to gry. Moje dzieciaki są zachwycone. I ja zacząłem od prostych, nie wymagających małpiej zręczności układanek, np. Mayan puzzle, by z radością odkyć, że potrafię zagrać nawet w wyścigi samochodowe lub strzelanki 3D typu Rage HD. Tutaj właśnie filozofia ekranów dotykowych, czułych na proste gesty, lśni. W dalszym ciągu z trudem obsługuję pilot do telewizora, o grze na komputerze czy Playstation mowy nie ma, tymczasem iPad pozwala mi na taką rozrywkę. Dzięki temu mogę, mimo inwalidztwa, porobić coś wspólnie z moimi synami.
Ponarzekałem trochę, ale prawda jest taka, że iPad, dzięki swojej prostocie obsługi, umożliwił mi rozrywkę w pierwszych miesiącach choroby (“chór bytu”). Przypuszczam też, że w takiej roli sprawdziłby się każdy inny tablet. Ja mam iPada, bo to iPad był pierwszy na rynku. Oczami wyobraźni widzę dla niego zasosowanie w mojej pracy na uczelni. Pomoce dydaktyczne, opisy ćwiczeń, wszystko to trzymam na Dropboxie. IPad umożliwi natychmiastowy dostęp i wysłanie tego mailem studentowi natychmiast, gdy zachodzi taka potrzeba. Zastąpi w torbie ciężkiego laptopa… To może nastąpi w przyszłości. Póki co poruszam się na wózku inwalidzkim, a o kondycji moich dłoni napisałem sporo. Dzięki obsłudze opartej na wskazaniu palcem ikonki, iPad umożliwił mi korzystanie z Internetu, czytanie książek, oglądanie filmów na wiele tygodni wcześniej niż byłem zdolny utrzymać w rękach prawdziwą książkę, czy dać sobie radę z komputerowym gładzikiem. Jak już wspomniałem, nawet teraz, gdy obsługa komputera nie jest już takim problemem, to i tak wolę pisać, czy przeglądać emaile na iPadzie. Szczególnie, że obsługa poczty elektronicznej jest dosyć mocną stroną tabletu firmy Apple. Konfiguracja skrzynek pocztowych bezbolesna, obsługa programu Mail prosta i intuicyjna. Zrezygnowałem z przeglądania poczty w komputerze, czuję, że jeśli dane mi będzie wrócić do zdrowia, iPad pozostanie głównym czytnikiem poczty elektronicznej. Owszem, jest kilka wad, np. niemożność dołączenia zdjęć do już redagowanego tekstu ( zdjęcia należy wysyłać bezpośrednio z galerii zdjęć i wtedy ewentualnie do dopisywać treść), nie ma możliwości zaawansowanej edycji tekstu typu zmiana czcionki, odseparowanie części listu np. kursywą itp. Mnie akurat to zupełnie nie przeszkadza, obecnie mam w iPadzie kilka kont pocztowych, jedno np. wyłącznie do czytania Szarlotki, jeszcze raz napiszę, że z programu Mail korzysta się na tablecie wyśmienicie.
To chyba byłoby tyle.



