Jestem na odwyku
autor: QDS
7.10.2010
Przyznaję się bez bicia - uzależniony jestem od internetu i informacji. Nie mam silnej woli aby zostawić na kilka godzin nieczytane kanały rss czy interesujące miejsca w sieci.
Zastanawiałem się ostatnio od kiedy tak już mam. To chyba postępuje od dobrych 10-12 lat… odkąd w MacOS Classic odkryłem przeglądarkę iCab, a Apple pokazał swój mail w domenie .mac. Tak to chyba od momentu zakupu pierwszego iMaka, prezentacji iTools, łatwej konfiguracji modemu wbudowanego wybierającego z wielką gracją numerki 0202122. Nie, nie, nie chcę zwalać winy za mój nałóg na firmę z Curpentino - ot tak prostota ich narzędzi, ciekawość nowego, wciągnęła mnie doszczętnie.
Z roku na rok przestałem kupować magazyny komputerowe, a kupowałem wszystkie które ukazywały się na rynku polskim plus jeszcze amerykańskiego i angielskiego Macworlda. Musiałem to ograniczyć co by na rachunki za nocne surfowanie starczyło :-) Jak wiadomo w nie tak dalekiej przeszłości korzystanie z internetu wiązało się z siedzeniem na linii telefonicznej i blokowaniem jej dla rozmów. Pamiętacie jeszcze wyczekiwanie do 22.00 i nocnej taryfy? :-)
W sumie nie ja o tym chciałem. Internet. Sieć. Wszystko to nas otacza, napędza, rozpędza. Czy nie powinniśmy zacząć rozmyślnie ograniczać dostęp w naszym życiu tej technologii?
Do czego to wszystko prowadzi? Jesteśmy mądrzejsi? Lepsi? Mamy więcej przyjaciół i czujemy się pewniej, bezpieczniej? Oj jakże to płonne marzenia.
To taki sam kit jak kupowanie dziecku komputera jak idzie do szkoły “co by się lepiej uczył, miał dostęp do wiedzy”. Dzieci wiedzą, że przecież chodzi o to aby maszynka była najszybsza co by najnowsze gry FPP latały jak oszalałe, rodzice wiedzą też, że muszą kupić im ten komputer co by mieli spokój wieczorami i mogli spokojnie coś pooglądać w telewizji. Wszyscy się czarują, ale każdy zna prawdę jak to będzie :-)
No proszę, znowu schodzę z tematu. To chyba pochodna walki z nałogiem :-)
Zauważyłem, że chcąc ogarnąć wszystko co internet mi przynosi czuję się zbyt mocno rozproszony. Człowiek chciałby być na bieżąco ze wszystkim, bo inaczej boi się, że zostaje odstawiony na bok, że o czymś nie będzie wiedział. Dopiero za jakiś czas widać, że nie starcza uwagi na nic innego, na rzeczy ważne i ważniejsze.
Najgorzej chyba mają ci z nas co kontakty z innymi, internet i zamiłowanie do maków mamy ściśle związane z pracą. Tłumaczymy się, że trzeba wszystko wiedzieć, znać... światek makowy jest dodatkowo “niebezpieczny”, bo obrodził w świetnych ludzi, którzy z pasją podchodzą do tego co robią. Czyta się to jeszcze lepiej i od tak po prostu nie idzie się odkleić.
Prawda jest jednak taka, że 90% “macnews” to ploteczki o nowych patentach apple, domniemanych nowych funkcjach, datach kolejnych keynote. Przecież nie jest to nam w żadnym stopniu potrzebne. Przychodzi wreszcie upragniona, wyczekiwana prezentacja i… dopada nas kolejny zalew pierwszych recenzji, komentarzy i dogłębnych analiz “jak to się przyjmie, jak sprzeda”. A czas ucieka… nawet przejrzenie tytułów na blogach pobieżnie zżera cenny czas, który przecież można poświęcić na czas z rodziną.
Ja na odwyku. Na przełomie sierpnia / września wyjechałem na ponad 3 tygodniowy urlop. Dokładnie 25 dni bez internetu, sieci, ichata, maili, rss i co tam jeszcze. Pomimo zabrania ze sobą na wyjazd iPada 3G, wyniuchania w trzech odwiedzanych krajach jakie oferują stawki za internet… silną wolę okazałem i nie wykupiłem dostępu.
Pierwsze klika dni były dziwne… ale zaczynałem się przyzwyczajać. Człowiek bez dostępu do globalnej sieci, staje się taki mały, wręcz lokalny. Nie wiesz nic o tym co dziś opublikowali za oceanem, o czym piszą w polskiej blogosferze. Czujesz, że zaczynasz skupiać się tylko na tym co w twoim zasięgu wzroku. Cieszysz się tym, że wkoło ciebie sami znajomi, że masz czas spędzić z nimi cały dzień, ani razu nie słyszysz sygnału przychodzącego maila. Pewnie dużo z tego uczucia zawdzięczam temu, że to urlop był, a nie środek tygodnia w pracy. Ale fakt pozostaje faktem - to piękne uczucie, które staram się pielęgnować nawet po powrocie do pracy.
Z pasjonata RSS, który kocha ten środek przekazu informacji, z dnia na dzień stałem się zapalonym minimalistą w tym zakresie.
Już kilka dni przed “odłączeniem” wywaliłem wszystkie źródła z mojego “Agregatu śmierci”, czyli Macworld i inni, którzy generują kilkanaście (kilkadziesiąt?) postów dziennie, które później i tak czytałem powielane w polskich blogach. Z ok. 160 źródeł zszedłem do 106. Po 25 dniach przerwy w dostępie, otwarłem NetNewsWire i przywitała mnie i tak tona nieprzeczytanych informacji. Prawie dwa i pół tysiąca wpisów. Wyłączyłem czytnik nie czytając żadnej wiadomości :-)
W końcu po skończeniu rzeczy ważniejszych zacząłem wracać do tematu RSS - zauważyłem, że w niektórych źródłach uzbierało się tyle wpisów, że postanowiłem jednym ciągiem przejrzeć dany kanał i zadać sobie pytanie “Czy te informacje są dla mnie wartościowe?, Czy mogę sobie je darować, nie tracąc nic? Czy nie czytałem o tym na innym blogu, w lepszej, przystępniejszej formie?” Jeśli tak, to usuwałem dany blog z prenumeraty. Nie przejrzałem jeszcze wszystkich swoich kanałów, ale już teraz powiem, że rozstałem się z kilkoma od lat czytanymi miejscami. Pracuję nad znalezieniem środka między niedoinformowaniem, a zalaniem informacją. Czy mi się to uda? Daję sobie kilka tygodni do uzyskania dobrych wyników.
Specjalnie wspomniałem głównie tylko o RSS, pomijając wszelkiej maści twory społecznościowe. O tym warto napisać osobny artykuł.
Czy i wy co jakiś czas widzicie potrzebę zminimalizowania dopływających do was informacji? Czy nie uważacie, że za dużo w naszym życiu jest miejsca na jałowe rozważania, mało znaczące treści? Jak sobie z tym radzicie?
Minimalny QDS
ps. Śliczną ikonkę Eve użyłem bez zgody autora. Przepraszam.



