Kilka wynurzeń odnośnie sprzętu audio cz. 2
autor: emil_wroc
21.07.2011
Najpierw przypomnę: daleki jestem od audiofilskiego bicia piany. Naczytałem się sporo recenzji, które po czasie wszystkie brzmią tak samo. Nie robi na mnie wielkiego wrażenia recenzja kabla głośnikowego 2x2 metry w cenie promocyjnej 80 tysięcy złotych. A już najbardziej zraziła mnie do takich lektur fraza, którą wyczytałem w recenzji stolika do sprzętu audio (tak, to jest osobny przemysł. Specjalne stoliki do postawienia sprzętu, które tłumią, wygłuszają pracę tranzystorów i robią inne cuda. Taki stolik potrafi kosztować 15 tysięcy, co pokazuje do jakich granic rozwinąć się może brnięcie w specjalizację i detale). Otóż autor po kilku stronach rozpisywania się o zaletach stolika (stolika! Na tym się po prostu stawia wzmacniacz i napęd!) podsumował jednym zdaniem: „Nigdy nie miałem do czynienia z tak znakomicie brzmiącym stolikiem.”. No i nie dziwota, że dałem sobie spokój. Skoro stolik mu brzmi i gra, to chyba jednak (będąc pełnym tolerancji dla wszelkich ekstrawagancji hobbystycznych) czas najwyższy udać się do specjalisty.
Dużo poświęciłem na kolumny, bo, jak zaznaczałem, to moim zdaniem najistotniejsza część systemu audio. Wiele razy próbowaliśmy różnych par kolumn pod tym samym sprzętem i przekonałem się, co może dać odpowiednia zmiana głośników. Natargałem się tego na moje drugie piętro od kolegów i przyjaciół podłączając pod sprzęt, który mam i znam. Ale było warto, można się bowiem przekonać czego człowiek chce. Poza tym wydaje mi się, że to kolumny właśnie decydują o muzykalności danego zestawu a co za tym idzie o tym, ile gatunków muzyki zabrzmi na nim fajnie.
Ale głośniki same nie grają.
Wzmacniacz to kolejny elemencik. Jeśli zdecydowałbym się na konstrukcję zintegrowaną (w jednym klocku), to z pewnością Yamaha CA-2010, produkowana w latach 77-79. Słuchałem jej w połączeniu właśnie z głośnikami Sony SS-G5 i G7. Piękne analogowe brzmienie, momentami trochę mułowate, więc potrzebuje szybkiego i dokładnego CD. Ale jeśli takowy mu zapewnić – całość brzmi rewelacyjnie. Mięso. Gitary Gibsona z tych właśnie lat brzmią na tym tak, jakby się stało dwa metry od pieca.
Z resztą po wielu godzinach odsłuchów doszliśmy do wniosku, że jednak na sprzęcie z konkretnego okresu najlepiej brzmi muzyka, która w takich latach była nagrywana, lub na takie lata jest wyraźnie stylizowana. Teoria ta trąci może nieco naiwnością i naturalizmem, jednak coś jest na rzeczy. Taki współczesny Gov’t Mule grający na starych gratach i w starym hardrockowym sznycie na G7 i opisywanej Yamaszce dają niesamowity efekt. Co innego mój skromny Kenwood made in ’82-’85. No to jest niewielka integra, ale wysyła w kable tyle mocy, ile tylko ma, strasznie dynamiczna, często ciężka do zrównoważenia. Taki wariat trochę, pompujący za każdym razem tyle, ile jest w stanie. Przy tym wrzucając na tapetę Michaela, jakieś powiedzmy Midnight Oil, The Clash – zgrywa się to w jedną konsekwentną całość.
Jeśli jednak zdecydowałbym się na konstrukcję dzieloną, czyli osobno preamp, osobno końcówka mocy, to chyba złamałbym moje vintage’owe credo i zakupiłbym używany zestaw Audiolab 8000Q oraz dwie monofoniczne końcówki mocy 8000M. Razem daje to potężne i pełne brzmienie stereo, gdzie każda kolumna zasilana jest osobną końcówką. Co prawda to sprzęt nowy, w zasadzie jeszcze do nabycia w sklepach, ale z zacnej brytyjskiej stajni. Słuchałem pomniejszych krewniaków wymienionych modeli w połączeniu z moimi kolumnami Quad’a i zachwyciło mnie to na długo. A w zestawieniu z kolumnami G7 powinno dać efekt jeszcze lepszy.
Kolejny kawałek – CD – w kolejnym odcinku.



