Minimalblog

Kim jesteś, Makjuzerze?

10.03.2010 | autor: Ka.

Często zadaję sobie pytanie: kim jestem? Odpowiedź bywa różna. Zależna od tego, kto pyta, kiedy pyta, w jakich okolicznościach. Dla synów jestem ojcem, dla kolegów ziomem. Dla studentów wykładowcą. Dla makjuzerów zaś jestem przede wszystkim jednym z nich, również makjuzerem.

Każde z tych pojęć odrobinkę mnie określa, każde ma swoją historię “stawania się”. Każde jest prawdziwe, ustawione w linijce tekstu i oddzielone przecinkami utworzyłyby opis mnie. Skrót, złośliwość, notkę lub epitafium. Dlaczego? Bo się wspólnie zazębiają. Chwileczkę, rzeczownik “makjuzer” też? Też. Co ma użytkowanie komputera wspólnego z osobowością? Ano, jestem przekonany, że ma.

Narzędzia zwykłem traktować jak narzędzia. Służą do wykonania pracy. Powinny być solidne, lekkie, niedrogie. Niemniej, w rękach rzemieślnika efektywne. Co jest niepomijalnym składnikiem efektywności? Umiejętność. Czucie działania. Przepływ na linii oczu, rąk twórcy i materii, którą twórca formuje. Nieistotne, czy mamy na myśli rzeźbiarza, czy stolarza. Drukarza czy pisarza. Dłuto lub młotek w ich rękach tak długo łączą myśl, oko i rękę z dziełem jak długo spoczywają w dłoni komfortowo, nie absorbują uwagi, nie rozpraszają skupienia. Nie przepychają się o miejsce w myślach. Idealna wiertarka jest przede wszystkim narzędziem do wiercenia lub wkręcania, idealny pędzel służy do nanoszenia farby w sposób nie męczący dłoni, idealny komputer… potrafi stać na biurku obok lampki z Ikei i kubka na ołówki. Jest ani ważniejszy od nich, ani większy, ani mniejszy rangą. W sam raz.

Jak większość posiadałem kiedyś komputer PC tak rozkosznie reprezentowany w reklamach Apple przez ciapciowatego grubaska. Zaczynałem wówczas studia, koledzy patrzyli nieco zazdrośnie, bo nie każdego było stać na komputer. Eseje i teksty przynosiło się na kartkach papieru. Z czym kojarzy mi się komputer? Z niemożnością. Komputer nie łączył się z internetem, bo internet w połowie lat dziewięćdziesiątych to był luksus. Żeby napisać prosty tekst, trzeba było zużyć mnóstwo energii elektrycznej. Nie bardzo było gdzie i jak ten tekst wydrukować, bo jeśli już znalazło się gdzieś drukarkę, wymagała ona tajemniczych sterowników… Kupiłem w antykwariacie maszynę do pisania i używałem jej prawie do końca studiów. Choć w ciągu owych czterech lat komputery zdążyły się całkiem poważnie rozgościć w domach, maszyna dzielnie mi służyła. Edytor tekstu w końcu z nią zwyciężył, ale maszyna zaczęła drugie życie jako rekwizyt teatralny. Word może pęknąć ze złości, ale prawa fizyki uniemożliwiają mu taka formę bytu. Owszem, jakiś drugi plan w telewizji, na ekranie włączonego peceta, ale żeby w teatrze? Jako przedmiot z duszą? Nie…Maszyna do pisania spełnia bowiem funkcję estetyczną, nawet gdy była przedmiotem użytku codziennego stanowiła element określający używającą jej osobę. Lub instytucję. Była uwiarygodnieniem. Nie sposób sobie wyobrazić Hemingwaya czy Bukowskiego bez maszyny do pisania tak jak nie można wyrzucić z pamięci fortepianu, na którym grał Humphrey Bogart w Casablance.

Ba, maszyny do pisania uwiarygadniały urzędników, sądy, komisariaty policji, redakcje gazet. Czy dziś autorytety fotografowane są z komputerami PC? Niekoniecznie. Rzadko. W ogóle. Sporadycznie. Raczej na tle książek, stert papierów lub… z komputerem Apple nieopodal. Dlaczego tak? Może dlatego, że projektanci firmy Apple projektując komputer i jego funkcjonalność biorą pod uwagę świadomość użytkowników? Ich niechęć do przedzierania się przez opcje, pod opcje, odnogi i zakamarki tylko po to, by wysłać maila? Ich lęki, że narzędzie wyśliźnie się z rąk, okaleczy dzieło, unieruchomi twórcę lub zbuntuje się jak HAL 9000?

A może chodzi o pewien wytrych, przynależność przedmiotu do właściciela? Choć każda firma lubi podeprzeć się autorytetem używającym jej produktów, to właśnie dla Apple charakterystyczne stało się słowa-wytrychy wypowiadane przez osoby używające sprzętu lub oprogramowania z jabłkiem: “efektywnie”, “prosto”, “szybko”, “minimum nakładu, maksimum - efektu”. Czy można to zastąpić jednym synonimem? Tak, efektywność. Czy to wszystko? Nie. Ktoś napisał, że produkt Apple to nie tylko praca. To swoiste “doświadczenie pracy”, osobliwa więź z narzędziem. To za krótki tekst, by nawet liznąć filozofii, która się za tym stwierdzeniem kryje. Sądzę jednak, że świadomość pracy, obcowania z dziełem poprzez kulturę jego stwarzania, to jest już nie tylko sprawa jakości narzędzia, a również osobowości. Czy dziwi nas komputer Apple, którego używa w serialu doktor House? Czy efektywny magik medycyny, którego poza samym efektem końcowym, czyli wyleczeniem pacjenta, fascynuje sam proces leczenia, czyli tworzenia efektu końcowego, mógłby używać innego komputera?

Nie napiszę, że w czasach posiadania PC nie interesowałem się światem, jadłem tylko pizzę i byłem niezorganizowanym grubasem. Napiszę jednak, że zakup komputera Apple był jedną z pierwszych decyzji podjętych podczas reorganizacji własnego życia. Wyznacznikiem dojrzewania jest stopniowe przywdziewanie rzeczy na miarę. Marzenia zostają skrojone do możliwości, ambicje, nawet te duże, weryfikowane są pod dostępność zasobów i umiejętności. Życie też jakby się kroiło na miarę. Bo coś można, a czegoś już nie. Bo coś cieszy, a inne coś nudzi. Kupiłem komputer Apple, bo układam priorytety. Najpierw jest impuls. Potem myśl. Potem wykonanie. Efekt końcowy. A w ciągu dnia jedzenie.  Bez zawiesistych sosów, cięzkich mięsiw, niezdrowych tłuszczów, bo dbam o dietę. Tak, myślę o swoim komforcie. Szanuję swoje “ja”. Może jestem egocentrykiem, słyszeliście tekst, że to jabłko centralnie świecące w pokrywkach laptopów Apple to symbol egocentryzmu, pretensji, innej orientacji, nowego bożka, złotego cielca? No to jestem egocentryczny, bo nie chcę zbędnych opcji i tego, by komputer mi przeszkadzał. Nie mam ochoty na wielkie pudła, sterty kabli, szumiące wentylatory i godziny spędzane na łapaniu wirusów i sterczenie pod stołem ze śrubokrętem. Nie mam ochoty na tanie części, na ten śmietnik elektroniczny, bo nie jest mi tyle części potrzebne. Nie jadam kaszanki na białym porcelicie. Jadam brukselkę na kolorowych talerzach z Ikei. Też tanio, a jakże inaczej. Nie mam ochoty na zgłębianie tysiąca nieodkrytych tajemnic Worda i Windows. Wolę po prostu włączyć komputer i napisać tekst. Jestem tylko ja i moja myśl. A gdy wyłączę komputer, to jest moja rodzina, lampka i książeczki dla dzieci. Odczuwanie świata. Wszystkiego w sam raz, na miarę. Od razu powiem, że za dużych telewizorów, samochodów i domów też nie lubię.

No, za duży ogród może być. Pełen zieleni. Uchylę chętnię furtkę i wejdę do tego sadu, między drzewa.
Wiem, dlaczego jestem makjuzerem. Bo szkoda mi życia na wszystko, co jest tandentne, źle pomyślane, głupie i drażniące. Nieładne, niepotrzebnie i absorbujące. Niestety, nie jestem czarujący ani zblazowany jak Bogart. Nie mam Nobla jak Barrack Obama. Nie jestem też genialnym medykiem jak Dr. House. Jestem jednak człowiekiem, który zadaje sobie pytania o sens tego, co robi, jak robi, po co żyje. Kim jest. I może ta umiejętność zadawania sobie pytań jest łącznikiem między nami, świadomymi Makjuzerami.

skomentuj wpis na forum →