Minimalblog

Lans czy trans?

27.02.2010 | autor: DG

Niektórzy uwielbiają go niczym ikonę, inni uznają za symbol odmienności i niezależności, niejeden traktuje jak zwyczajne narzędzie pracy. Wszystkich łączy jednak przekonanie, że praca na macintoshu jest czystą przyjemnością.

Kiedy przed ponad 25 laty Apple zaprezentowało pierwszego macintosha, w świecie komputerów osobistych dokonała się rewolucja. Rewolucja „odmiennego sposobu myślenia”. Gdzie się znajdujemy po upływie ćwierćwiecza?

Co dziś oznacza posiadanie macintosha?

Dla jednych to wyłącznie symbol pewnego statusu, wątpliwe potwierdzenie bliżej nieokreślonej wyjątkowości i przynależności do „elity”, jakby elitaryzm rodził się w poświacie obudowy komputera, a nie w umyśle i sercu.

Dla innych – obiekt nowomodnego kultu (mówi się już nawet o „wyznawcach kościoła Apple”, jak przeczytałem w pewnej gazecie), zrodzonego wszakże nie ze świadomego indywidualnego wyboru, lecz z podszeptów zachłannego marketingu.

Wybór macintosha powinien być odzwierciedleniem osobistych upodobań, popartych przekonaniem, że choć konkretne zadanie można wykonać na przeróżne sposoby, to jednak praca na tym właśnie komputerze da mi najwięcej satysfakcji i najlepsze rezultaty.

Pozostaje nurtujące pytanie bardziej ogólnego rodzaju: czy używane przez nas narzędzia, otaczająca je aura i symbolika, mają wpływ na jakość i efekt naszej pracy? Czy wiersz napisany wykwintnym piórem Waterman czy Montblanc będzie piękniejszy od zanotowanego zwykłym długopisem (na dodatek na kawiarnianej serwetce)? Czy esej pisany na macintoshu będzie bardziej noblowski niż wystukany na „zwyczajnym”, szarym komputerze?

Nikt chyba nie wątpi, że tak być nie musi. Niemniej jednak nikt bodaj, kto choć raz zakosztował tej przyjemności, nie wątpi, że tak właśnie być może.

skomentuj wpis na forum →