Minimalblog

MBA - w pracy trzeba mieć lekko

autor: Ka.
25.10.2010

Przyznam, od dłuższego czasu nie czekałem na kolejne prezentacje Apple. Nie robią na mnie wrażenia.

Owszem, kolejne wersje iPhone to było coś. Być może jednak jestem człowiekiem, obok którego postęp technologiczny i ergonomia przechodzą niezauważone. Choć bliższy jestem stwierdzeniu, że jestem technologicznym egoistą. Nie zastanawiam się bowiem w jaki sposób moje życie i przyzwyczajenia ulegną dopasowaniu do nowego produktu, raczej liczę na to, że produkt ułoży się wg moich potrzeb. Naturalnie, odzywa się we mnie cząstka miłośnika gadżetów i maniaka nowości, to jednak ma miejsce na samym początku. Gdy potem zanurzam się w codzienność, dochodzę do wniosku, że jeszcze nie czas na elektroniczną książkę, bo dziką przyjemność sprawia mi papierowa. Że dotykowe ekrany w telefonie są wspaniałe, ale za nic nie mogę do nich przywyknąć. Jednocześnie miłą jest mi rewolucja autorstwa Apple, która bynajmniej nie zaczęła się w dniu premiery iPhone, a jednak daleko wcześniej. Rewolucja oparta na głębokim przekonaniu Steve’a Jobsa, że rozwija się nie tylko technologia, ale również jej użytkownik. Jego przekonanie różni się od innych “filozofii sprzedaży” wyznawanych przez szereg firm, a które można streścić jednym zdaniem: “człowiek gnuśnieje i pragnie konsumować coraz więcej i więcej”. Ciekawe, marketingowcy, ludzie sprytni i intelektualnie sprawni, zdają się zapominać, że im człowiek bardziej się rozwija, tym więcej rzeczy odrzuca i uznaje za zbędne, pozostając przy tych przedmiotach, które są mu potrzebne. Dba wówczas o ich jakość i estetykę, umiejscawiając je jednocześnie w panteonie rzeczy osobistych. Tak, osobistych. To słowo ma duże znaczenie.

Można pewnie długo dywagować, ile znaczeń ma to słowo. Jestem przekonany, że osobiste, to spasowane dla mnie, odpowiadające moim rzeczywistym potrzebom. Realnym potrzebom, nie tym wmówionym przez coraz to bardziej rozrośnięte działy marketingu (czy ktoś dysponuje statystyką, ilu z tysięcy pracowników zwolnionych z pracy podczas obecnego kryzysu gospodarki amerykańskiej, to marketingowcy i salesmani?).

Dość powiedzieć, że choć użytkuję iPhone, nie czułem się specjalnie zrewolucjonizowany, bo zastosowanie telefonu nie zmieniło się od czasów jego wynalezienia. Cała otoczka wielofunkcyjnego i wygodnego urządzenia mobilnego to pokłosie filozofii obecnej w sprzęcie Apple od wielu lat pod postacią choćby systemu operacyjnego i sposobu jego użytkowania. Apple słusznie wykombinowało, że różni producenci dodają kolejne funkcje i opcje, tymczasem te istniejące pozostają jakie były wcześniej - niedorobione. Pamiętacie pierwszego iPhone? Miał niewiele funkcji, ot książkę adresową. Za to niezwykle czytelną i prostą w obsłudze z możliwością synchronizacji z “internetową chmurą”. SMS-y, za to pogrupowane w dyskusje, koniec z przewijaniem, by dostać się do treści. Email. Za to z wyglądem i funkcjonalnością przeniesioną z komputera. Niby nic, minimalizm. Tyle, że minimalizm nie polega na tym, że funkcji jest mało. Minimalizm to tyle, ile potrzeba. Nie mniej, nie więcej. Minimalizm wymaga, by nie było za dużo, ale minimalizm domaga się, by to, co jest, było nasycone esencją funkcjonalności.

Dlaczego o tym piszę i sięgam tak bardzo wstecz? Otóż Koledzy z Minimalbloga wyznaczyli mi zadanie: napisać kilka słów o nowej generacji Macbooka Air zaprezentowanej podczas Keynote 2010. Nie bardzo wiedziałem, jak ugryźć taki tekst, ale z pomocą przyszedł mi… Twitter. Zaprzyjaźniony z nami Pemmax podlinkował pewien tekst krytyczny wobec Apple i nowego MBA w szczególności.

http://applefobia.blox.pl/2010/10/MacBook-Air-cienias-pod-kazdym-wzgledem.html

No, niewątpliwie punkt widzenia i tekst z gatunku takich, z którymi ciężko polemizować. Nie wszystko jest dla wszystkich więc nie każdy musi lubić Apple i tyle.
Jest jednak w tym tekście coś jeszcze. Kompletne niezrozumienie idei sztuki projektowania, to raz, filozofii przedmiotów użytkowych, to dwa. A wobec tego to ja już muszę się jakoś odnieść, bo to nie tylko grunt Apple. Otóż Autor owego tekstu pastwi się nad inżynierami Apple z powodu rezygnacji z podświetlanej klawiatury. Drogi Autorze, zajrzyj proszę, na tę stronę:

http://simpledesks.tumblr.com/

Czy coś uderza Cię w szczególności? Przypatrz się dobrze zamieszczonym tam zdjęciom… Brak wielu kabli? Owszem. Fajne, ładne stoły? Też. Już podpowiadam: światło. Te miejsca są pięknie oświetlone, bo są miejscami, przy których człowiek pracuje, czyta, spędza czas. Nawet jeśli nie wykonuje pracy twórczej i zarobkowej, to po prostu myśli i patrzy. Cokolwiek nie powiedzieć, człowiek jest stworzeniem światłolubnym. Albo nastrojolubnym, ale przecież ładne oświetlenie jest niebagatelnym elementem tworzenia nastroju. Można spekulować o prawdopodobieństwie wystąpienia sytuacji konieczności skorzystania z komputera w zupełnej ciemności, ale czy to są sytuacje częste? Filozofia tworzenia rzeczy funkcjonalnej nie zakłada umieszczania kolejnych dodatków tylko po to, by tkwiły nieużywane “na wszelki wypadek”. Macbook Air przewidziany jest do przenoszenia stanowiska pracy. Nie znam nikogo, kto pracowałby w ciemności. W szczególności pisarzy, bo m.in. w nich upatruję nabywców MBA.

Kolejną “niedogodnością” punktowaną przez Applefoba jest brak kalejdoskopu złącz.
“Nie ma HDMI, D-Sub czy DVI, nie ma Ethernetu”, wymienia ze złością Autor, nie przemyślawszy uprzednio, czy jego zatrzuty mają sens. Mamy do czynienia z ultralekkim stanowiskiem pracy i dostępu do internetu. Czy taki komputer powinien posiadać HDMI, skoro jest komputerem do gromadzenia informacji, badań, komunikacji czy pisania lub blogowania z podróży? Gdzie, u licha, Drogi Autorze, chcesz podłączać się do LCD z HDMI? W samolocie nad Pacyfikiem? W hotelu? W nowojorskim Bryant Parku, miejscu pięknym i wyposażonym w wolny dostęp do sieci WIFI? WIFI, Drogi Autorze, WIFI. Czy w związku z tym, że w samolotach niektórych linii (na niektórych trasach) mamy dostęp do WIFI, potrzebne jest dociążanie gabarytów komputera gniazdem Ethernet? Po co? Znajomi mają sieć tylko po kablu? Tylko jedni znajomi? Aha. Ponieważ tylko jedni Twoi znajomi mają klasyczne połączenie internetowe, projektanci MBA mają dodać gniazdo kabla sieciowego. Dosyć karkołomna logika. Nie neguję jej, ale uważam, że skoro masz konieczność posiadania komputera z HDMI i kablem Ethernet, jest kilka całkiem sympatycznych ofert na rynku i niekoniecznie należy domagać się, by wszyscy producenci umieszczali takie złącza w swoich produktach. Apple zwiększyło ilość gniazd USB do dwóch? Ma to oczywiście sens. Gdy pojawił się pierwszy iPhone na rynku, telefony podłączane do gniazda USB to była rzadkość. Dziś mamy urządzenia z iOS, Androidem, WM, większość z nich podłącza się i ładuje z komputerowego gniazda USB. Mamy więc rozwój funkcjonalności komputera dla podróżnika - w dotychczasowych MBA mógł podłączyć dysk twardy w podróży, dziś może dodatkowo podłączyć telefon, bo najprawdopodniej już taki telefon posiada. Ot, zwykła ergonomia wynikająca z analizy rzeczywistych potrzeb użytkowników. Kpisz, Autorze, z wyższej rozdzielczości ekranów nowych MBA. Ciężko jest cokolwiek odpowiedzieć, mogę jedynie wyrazić przypuszczenie, że w przypadku niższych rozdzielczości, kpiłbyś podobnie. Niekoniecznie wszyscy widzą różnice między obrazem HD 720 a 1080, coraz częściej jednak filmy są dytrybuowane cyfrowo właśnie w tych formatach. Prościej jest zwiększyć rozdzielczość ekranu i umożliwić tym samym oprogramowaniu łagodne skalowanie do dostępnej rozdzielczości, niż pozostać przy zbyt niskiej rozdzielczośći i wpuścić użytkowników w pułapkę koniecznych konwersji lub radykalnego pogorszenia jakości przez agresywny downscaling, hę?

Poświęciłeś, Autorze, cały pasaż kpin na temat dysków flaszowych wmonotowanych w nowe MBA. Że małe. Hmm… Nie wiem jak tam w świecie PC, ale fantastyczny edytor tekstu dla Mac OS X, niezwykle funkcjonalny i umożliwiający pisanie prac magsterskich, doktorskich i jakie tam nam przyjdą do głowy zajmuje 2,5 MB pamięci w folderze aplikacji. A całkiem spore dokumenty w międzyplatformowym formacie .rtf zajmują po kilka do kilkunastu kilobajtów na dysku. Z reguły umieszczonym gdzieś w internetowej chmurze, bo przecież nie wszędzie chodzimy z komputerem i miło mieć w różnych miejscach na świecie dostęp przez www. do niektórych dokumentów. Nie ma obaw. Nawet na 64 GB, a więc najmniejszym dysku oferowanym przez Apple w MBA, zmieści się system, program do montażu, nawet Final Cut, parę gier, parę filmów w podróż, dużo dokumentów, program do obróbki zdjęć i jeszcze wystarczy miejsca na Windows 7 postawiony na wirtualnej maszynie. Office Microsoftu też się zmieści, jeśli zachodzi taka potrzeba. Naturalnie, utrzymanie porządku na dysku tych wymiarów wymaga trochę starań, ale w dobie Dropboxa i magazynów danych w postaci dysków zewnętrznych, które raczej zostają w domu, to chyba nie jest specjalny problem? W zamian mamy sprzęt bezszumowy, nietrzeszczący, a podczas sesji z Windows, nie hałasujący podczas tak charakterystycznego dla tego systemu doczytywania danych. Sprawą absolutnie naturalną wydaje się też umieszczenie czytnika kart SD. Wszak w podróż bierzemy przede wszystkim aparat fotograficzny, prawda? Przede wszystkim, czyli jest szansa, że plazmy z HDMI nie bierzemy?

Niezwykle łatwo jest rozpatrywać, czego nie ma w Macbooku Air. Lub czym ten komputer nie jest. Istotne jest jednak to, czym tym komputer jest. Ultralekką stacją roboczą, którą możemy zabrać na koniec świata i nie zostaniemy pozbawieni możliwości pracy. Tyle, że musimy się do niej przygotować. Ale nawet najlepiej wyposażone komputery same za nas nie zdecydują zawczasu, co będzie nam do pracy potrzebne. Rzeczą niezbędną jest, byśmy zawczasu mieli myśl, pomysł i chęć i umiętność selekcji, a więc oddzielenia rzeczy przydatnych od niepotrzebnych. Całą resztę pracy spokojnie wykonamy na MBA. Gdziekolwiek. I w tym jest sens.