Forum

Kim jesteś, Makjuzerze?

 
Ka.
10 Mar 2010 21:34

Często zadaję sobie pytanie: kim jestem? Odpowiedź bywa różna. Zależna od tego, kto pyta, kiedy pyta, w jakich okolicznościach. Dla synów jestem ojcem, dla kolegów ziomem. Dla studentów wykładowcą. Dla makjuzerów zaś jestem przede wszystkim jednym z nich, również makjuzerem.

przeczytaj całość →

Ka.

 
QDS
10 Mar 2010 22:09

Czytało się bardzo miło.
Jak tak się ma zapowiadać lektura twoich wpisów na blogu to już sobie ostrzę ząbki na następny artykuł!

Temacik, który poruszyłeś zostawiam sobie na wieczorek do przemyślenia :-)

Kątem OK’a

 
microust
10 Mar 2010 22:27

A mnie się buduje całkiem dobra kontynuacja wpisu Darka „Lans czy trans”.

 
Butters
10 Mar 2010 22:27

Dorobiles sobie wlasna filozofie ...Twoje prawo ... do mnie nie przemawia ,  uzywam narzedzi ( w tym macbook-a )  iii juz bez glebszych przemyslen .
ps. to nie byl Bogart ...-” Play It Again, Sam “-
Pozd.B

...uzytkownik (podobno) nie istnieje .

 
microust
10 Mar 2010 22:40

Butters, jesteś pewien że Boogie nie plumkał sobie ani razu z petkiem nonszalancko na bakier? W tekście nie ma nic na temat Sama zdaje mi się. ;)

 
Butters
10 Mar 2010 23:07
microust napisał(a):

Butters, jesteś pewien że Boogie nie plumkał sobie ani razu z petkiem nonszalancko na bakier? W tekście nie ma nic na temat Sama zdaje mi się. ;)

Fortepian w Casablance to zdecydowanie byl Sam .To on gral ten slynny temat ,a Bogart i papieroch to jak najbardziej ;)
To o Samie to taki off top byl.
Pozd.B

...uzytkownik (podobno) nie istnieje .

 
microust
10 Mar 2010 23:12
Butters napisał(a):

Fortepian w Casablance to zdecydowanie byl Sam .To on gral ten slynny temat ,a Bogart i papieroch to jak najbardziej ;)

Zgadza się, wiadomy temat grał Sam, stąd też słynny tekst. Ale i Bogart zafortepianił coś mi się zdaje swoje.

EOT. ;)

 
Ka.
10 Mar 2010 23:37

Wiadomy temat, wiadomo, Sam :) Ja mam jednak wryty obraz Boogiego, który sobie plumka na klawikordzie, gdy lokal jest pusty, ale pełen przeczucia, że pojawi się ona. Ale może mam tylko wryte. Podobno zapytano kiedyś widzów, czy widzieli w filmie tytułowe “Dziecko Rosemary”, odpowiedzieli, że widzieli na zbliżeniu, choć nie jest ono pokazane :) Może to taka sugestywna atmosfera, a może sztuka montażu i dobra reżyseria sprawiają, że widzimy w dziele coś więcej, niż jest… I wracamy do tematu niechcący :) W tym kontekście, nawet moja pomyłka, jeśli jest pomyłką, nabiera sensu :)))

Dziękuje wszystkim za odbiór.

p.s. a jednak się różnimy, Mości Panowie, zdecydowana większość obywateli w PL pochłaniała “you can dance”. A my zajmowaliśmy się Boogiem i Ingrid. Ha.

Ka.

 
microust
10 Mar 2010 23:50
Ka. napisał(a):

Ja mam jednak wryty obraz Boogiego, który sobie plumka na klawikordzie, gdy lokal jest pusty, ale pełen przeczucia, że pojawi się ona.

O to, to właśnie. Lokal już zamknięty, od dymu jeszcze siwo.

OT - czy Casablankę obejmuję jeszcze prawa autorskie?

 
Butters
11 Mar 2010 0:43

Sorry Ka ,ze wpycham sie z butami w Twoj watek :D ale ciekawi mnie wasz opinia na temat “Dziecka Rosemary”  Polanskiego . Znam ksziazke ,znam film i imo Polanskiemu nie poszlo .Natomiast ksziazka zrobila na mnie duze wrazenie.
Pozd.B

...uzytkownik (podobno) nie istnieje .

 
Ka.
11 Mar 2010 0:57

Niestety, chyba tak. Prawo do wizerunku Huphreya. Ostatnio słyszałem o przypadku, że ujęcia z plakatem Jamesa Deana w tle trzeba było wyciąć. Właśnie ze względu na prawo do wizerunku. Ale przyznam, średnio rozumiem o co w tym chodzi.

Ka.

 
Ka.
11 Mar 2010 1:01
Butters napisał(a):

Sorry Ka ,ze wpycham sie z butami w Twoj watek

Nie czuję, żebyś się wpychał. Po to te gawędy w sumie są, żeby do rozmów jakoś zainspirować.

Polański to jakoś nie moje kino, ale spojrzałem na “Dziecko” ostatnio i to jednak kawałek dobrej, filmowej roboty. Nie zabiera mnie, ale doceniam. Bardzo.

Ka.

 
JSG
11 Mar 2010 2:58

Nie przebrnąłem… sorry winetu ale bzdur o tym jak to apple odmienia życie, o tym jaki to PC i windows jest wstrentny… napisano już wiele. Komputer to narzędzie, jak młotek, czy garnek. Wiadomo że jak młotek dobrze wyważony, z dobrej stali to się nim lepiej wbija gwoździe czy klepię blachę, ale nie widzę tu drugiego dna…
To takie moje podejście, ale to może przez to że mojego życia Apple nie odmieniło…

 
jar
11 Mar 2010 11:32

Pierwszym wrażeniem po przeczytaniu tego fajnie,  z pasją napisanego tekstu było: ojej, ale my to znamy. Nawet nie plusy Maków i jakąś charakterystykę ich użytkowników, ale regularne pojawiania się od lat podobnych wymową tekstów na te same tematy.

Pamietam radość z odkrycia dziesięć lat temu baśni Nancy Carrol Gravely “In the land of Macintosh” oryginał jest tu
niestety nie mogę podać linku do polskiego tłumaczenia, gdyż znikło ono ze stron, gdzie było zamieszczone. Dokonano tłumaczenia i je zamieszczono na wyraźne prośby, bo to - rzekomo jak widzę - miało jakiś sens. Słaby jest dla mnie sens upubliczniania tekstu, jeśli żywot publikacji nie trwa nawet dziesięc lat. W przypadku tego polskiego tłumaczenia - tylko lat pięć. W kolejnym wpisie podajętu tłumaczenie tej baśni - i proszę wyraźnie o jego usunięcie, jesli to rzeczywście jest dziś niepotrzebne, nieciekawe, etc.

Właściwie powinienem podać całą bibliotekę takich tekstów powstających na przestrzeni dziejów. Choćby tylko po polsku. Przypomnę tylko, że bardzo wiele takich tekstów zamieszczone jest w młodym w końcu piśmie “Moje Jabłuszko”.

Natychmiast przyszła refleksja kolejna: wygląda na to, że każda nawet nie generacja a wręcz rocznik pewno odczuwa potrzebę pisania o tym samym od nowa. W sumie - to dobrze, że wciąż Maki się podobają i mimo że się doś poważnie zmieniły, po raz kolejny dochodzi się do tych samych lub bardzo podobnych wniosków.

Dla mnie nasuwają się także wnioski innego rodzaju. Jeden z nich, to nie bardzo zrozmiala nieznajomość tego, co przed nami powiedziano na dany temat. Nie oczekuję od każdego zamiłowania do historii, ale dziwi mnie, że przy wyborze tego to a tego nie zapoznajemy się starannie z dokladnymi danymi a więc i historią, rozwojem etc. tego, co mamy zamiar używać. Nie wyobrażam sobie zakupu czy to pary butów, czy tym bardziej narzędzia jak komputer czy samochód, “bo mi powiedział kolega” albo: “bo mi się podoba”.

A wniosek taki generalny, to nurtujący mnie od dawna problem który nazwę ogólnie: pisanie “w internecie”. A dobitniej: sens pisania “w internecie”.  Nie, nie mam na myśli szybkiej wymiany informacja, rozmów, nawet części korespondencji. Mam na myśli bardzo krótki żywot tekstów ktore mogą być przydane aby je przywołać choćby po kilku latach. I tu się okazuje, że staroświeckie słowo drukowane jest sposobniejsze do powołania się na nie po kilku latach nie mówiąc o czasie dłuższym, niż “nowomodne” medium elektroniczne. Jeśli się pisze coś, na co się chce powołac po latach, nawet nie dzieło wiekopomne a choćby takie jak wspomniane powyżej tłumaczenie baśni Nancy, to coraz bardziej pisanie w internecie staje dla mnie pod znakiem zpytania. Tym bardziej, że jak widzę, mierny jest pożytek z tej formy publikacji, gdyż dostęp do niej bywa trudny gdyż jest zagmatwany w powodzi wszystkiego, co piszą w internecie miliony ludzi, sama informacja żyje bardzo krótko, a zawsze było wiadomo, że to książka, tekst przeżywa autora. Tu jest, jak widzę, zupełnie inaczej.

Jak zawsze

Jacek A. R.

- im więcej wolno - tym mniej wypada.

 
jar
11 Mar 2010 11:36

UWAGA: tekst poniższy jest oryginałem z roku 2005, i na skutek słusznej uwagi jednego z Przyjaciół (pozdrawiam, Jakubie !) należy podać uaktualnienia: a więc na dziś, A.D. 2010 Nancy nie tylko żyje ale i ma się dobrze, wciąż publikuje w Macobserverze, napisała prosty i fajny podręcznik używania Maka na użytek takich po pięćdziesiątce, w kolejnej kadencji jest Prezesem MUG czyli Mac Users Group Capmac, oczywiście Austin, TX. Natomiast niestety z powodu kryzysu finansowego ongiś bardzo ważny serwis Macopinion, przez lata uważany za wiodący w tematyce makowych laptopów zamarł; Charles Moore nadal regularnie pisze o makowych laptopach w Power ‘Book Central i w Applelinks
 

Od tłumacza

Jakoś początkiem wiosny roku 2000, czytając znany mi od dawna serwis http://www.macobserver.com zwróciłem uwagę na felieton “W krainie Macintosh’a” autorstwa nieznanej mi wówczas Nancy Carroll Gravley. Wiedziałem, że Nancy od dawna prowadzi w Macobserverze swą kolumne “ Computing with bifocals” (komputerowanie dwuogniskowe, czy komputerowanie w podwójnej perspektywie) adresowaną do osób w starszym wieku, na ogół nie mających zielonego pojecia o używaniu komputerów - takich “lamerów”, używając terminologii współczesnej.  Tytuł “W krainie Macintosh’a” zabrzmiał mi jak tytuł baśni. Uwielbiam baśnie, i tym staranniej zabrałem sie do lektury tego tekstu, który za łaskawym pozwoleniem Autorki udostępniamy tutaj czytelnikom polskojęzycznym.

Podczas lektury pamiętajmy o specyfice wychowania dzieci i młodzieży z klas średnich USA w latach pięćdziesiątych XX wieku. Patrząc w tej perspektywie nie sposób nie docenić roli odgrywanej przez starsze, bardziej intuicyjne w obsłudze komputery z jabłuszkiem w procesie rozwoju wielu twórczych osobowości ludzi, którzy nigdy w młodości nie mieli nic wspólnego z Computer Science czyli z informatyką.

Dziś, w roku 2005 Autorka nadal prowadzi swój dział w Macobserverze, jest w obecnej kadencji prezesem znaczącego stowarzyszenia Macuserów http://www.capmac.org w mieście Austin w Texasie. O grupie Capmac i o Nancy Gravley napiszemy więcej przy okazji tłumaczeń jej kolejnych tekstów.

Jacek A. Rochacki

http://www.macobserver.com/columns/firstmac/2000/20000510.shtml

Computing With Bifocals
Czyli
Komputerowanie w podwójnej perspektywie
Nancy Carroll Gravley
A column for people who remember what
 the world was like before there was color…..
Felietony dla osób pamiętających jaki był świat zanim (na ekranach)  pokazały się kolory…..

In The Land Of Macintosh

W krainie Macintosh’a
10 Maja 2000 roku

Pewnego razu, dawno, dawno temu, w odległej krainie, w tym samym miejscu i o tej samej godzinie urodziło się dwoje dzieci: chłopczyk i dziewczynka. Kraina nazywała się Krainą US. Kraina ta nie znała wojen ni głodu, i tak i chłopczyk, i dziewczynka wzrastali w zdrowiu i w sile. Niemniej zły Czarownik rzucił mocne, złe zaklęcie na Krainę US, które powodowało dziwne zachowania dorosłych tej krainy. Chłopak spędzał wiele czasu bawiąc się na świeżym powietrzu. Często brudził się, wdawał w bójki lub przynosił do domu dziwne stworzenia z dworu, lecz dorośli uśmiechali się tylko, mówiąc: “ on jest po prostu chłopakiem”.  Chłopak szybko nauczył się ulubionych, popularnych gier tej krainy – piłki nożnej, koszykówki i baseball’u. Rodzice kupili mu specjalne przybory aby pomóc mu wygrywać te gry, i chłopak wyuczył się tego dobrze.  Inni dorośli chwalili go , a on sam czynił coraz większe wysiłki, by być tak dobry jak to tylko możliwe. Był zawsze szczęśliwy i bardzo kochany, gdyż w Krainie US był nadzwyczajny.
Zły Czarownik tylko uśmiechał się pod wąsem, ponieważ ludzie nie rozeznali złego zaklęcia, lub nie potrafili się od niego wyzwolić.
Na początku dziewczynka też spędzała czas bawiąc się na dworze. Ale jeśli się zabrudziła, wdała w bójkę lub przynosiła z dworu różne stworzenia, dorośli kręcili nosami, byli niezadowoleni, i dziewczynce robiło się przykro. Próbowała swych sił grając w ulubione gry krainy, i prosiła o taki specjalny ekwipunek, jaki dostał chłopak, lecz znowu dorośli kręcili nosami, a więc dziewczynka zaprzestała swych próśb. Uczono ją bawić się lalkami i bawić się w gospodarstwo domowe, a kiedy tak robiła, dorośli uśmiechali się i byli zadowoleni. Dziewczynka zaś nie była ani zadowolona ani szczęśliwa.
Zły Czarownik tylko uśmiechał się pod wąsem, ponieważ ludzie nie rozeznali złego zaklęcia, lub nie potrafili się od niego wyzwolić.
Wkrótce i chłopak i dziewczynka podrośli i poszli do szkoły. Chłopak ubierał się w strój zwany dżinsy i w koszulki. Na nogach nosił tenisówki, a włosy miał krótko przycięte. Kontynuował ulubione gry tej krainy, a dorośli byli zadowoleni. Oglądali mecze, chwaląc chłopaka, i mówili pomiedzy sobą, jaki to jest on znakomity. Kupili mu specjalny pojazd zwany rowerem, by jeździł wraz z innymi chłopcami tak długo jak tylko miał na to ochotę. Uczył się robić różne rzeczy w miejscu zwanym “domowy warsztat” a specjalnie chwalony był za postępy w matematyce i w innych przedmiotach ścisłych. Zawsze był szczęśliwy i lubiany, gdyż w Krainie US był kimś wzorowym.
Zły Czarownik tylko uśmiechał się pod wąsem, ponieważ ludzie nie rozeznali złego zaklęcia, lub nie potrafili się od niego wyzwolić.
Dziewczynkę ubierano w sukienki z szerokim, u dołu rozkloszowanym spodem, sciśnięte mocno paskiem w talii. Na nogach nosiła delikatne, błyszczące buciki ze sztucznej skóry, które powodowały, że piekły ją stopy.  Włosy nosiła długie, i musiała spędzać wiele czasu aby utrzymywać fryzurę z lokami. Powodowało to konieczność stosowania dziwacznych procedur nawijania włosów na długie, okrągłe przybory, które musiala też mieć na głowie podczas snu. Przybory te powodowały niewygodę, lecz dorośli uśmiechali się i byli ukontentowani, a więc dziewczynka kontynuowala takie postępowanie. Dziewczynka już nie prosiła o pozwolenie na granie w ulubione gry swej krainy. Dorośli kupili jej rower, lecz był on inaczej skonstruowany, i trudniej było na nim jeździć. Dziewczynce nie bylo wolno szaleć swobodnie na rowerze, lecz cieszyła się z jego posiadania, i czasami tez czula sie wyróżnioną. W szkole uczona ją przedmiotów takich jak gospodarstwo domowe i muzyka, ale też nauczyła się używać maszyny do pisania. W domu uczono ją gotować, prasować, szyć i sprzątać. Gdy dorośli gotowali obiad, oczekiwali od dziewczynki pomocy w kuchni.  Gdy była posłuszna, dorośli uśmiechali się i byli szczęśliwi. Dziewczynka nie była szczęśliwa.
Zły Czarownik tylko uśmiechał się pod wąsem, ponieważ ludzie nie rozeznali złego zaklęcia, lub nie potrafili się od niego wyzwolić. Niemniej zły Czarownik nie był zadowolony że dziewczynka nauczyla się pisać na maszynie, gdyż dawało jej to umiejętność potrzebną do wyrwania się z mocy złego zaklęcia.
Z czasem dziewczynka i chłopak dorośli. W tym czasie każde z nich miało jasno wyznaczone oczekiwaniami społecznymi role. Chłopak kontynuował ulubione sporty swej krainy i nadal uczył się uczęszczając na uniwersytet. Dostał dobrą prace dzieki wykształceniu w zakresie nauk ścisłych i matematyki jeszcze ze szkoły średniej i był obficie nagradzany srebrem i złotem. Dziewczyna też chciała na uniwersytet, lecz dorośli kręcili nosami i śmiali się z niej, tak więc poszła do pracy którą dostała dzieki opanowaniu umiejętności maszynopisania. I stało się że ta dziewczyna spotkała tego chłopaka i pożenili się, i dziewczyna natychmiast porzuciła pracę, gdyż nie ona miala być od tej pory jej głównym zajęciem. Chłopak chciał grać z dziewczyną w ulubione gry swej krainy, lecz niestety dziewczyna nie miala już wystarczających umiejętności z powodu braku treningu. Dziewczyna urodziła dwoje dzieci: dziewczynkę i chłopca, i wychowywała je tak, jak sama była wychowywana. Dorośli patrzyli z satysfakcją i uśmiechali się. Dziewczyna nie była szczęśliwa.
Zły Czarownik tylko uśmiechał się pod wąsem, ponieważ ludzie nie rozeznali złego zaklęcia, lub nie potrafili się od niego wyzwolić.
Jak to się czasem zdarza w Krainie US chłopak znudził się dziewczyną i małżeństwem. W pracy kolegował się z innymi chłopakami, z którymi mieli wspólne tematy do rozmów, do śmiechu i do dyskusji o tym, czego uczyli sie na uniwersytecie. Chłopak opuścił dziewczynę i rozpoczął nowe życie bez niej i bez dzieci. Dorośli byli niezadowoleni i winili dziewczynę. Często dziewczyna i dzieci bywali głodni lub chorzy, lecz dziewczyna nie poddawała się, podejmując wszelkie możliwe wysiłki. Sama zdecydowała rozpocząć naukę na uniwersytecie aby móc zarabiać srebro i złoto dla tym lepszego dbania o swoje dzieci.
Zły Czarownik nie był zadowolony z decyzji dziewczyny, lecz wiedział, że społeczeństwo było pod silną kontrolą złego zaklęcia, a więc nie zwracał specjalnie uwagę na losy dziewczyny. Ta dzielnie stawiała czoła przeciwnościom, pracowała i po siedmiu latach ukończyła uniwersytet. Nikt z dorosłych nie był obecny przy uroczystości ukończenia jej studiów, nikt jej nie pogratulował, nie pochwalił, nie obdarzył uśmiechem. Niemniej, podtrzymana na duchu swymi osiągnięciami, sama wybrała sobie drogę kariery zawodowej i poszła do pracy. Zanim zły Czarownik spojrzał na nią znów, dziewczyna rozwinęła się w swej specjalności tak, że zarabiala już wystarczające ilości złota i srebra dla utrzymania siebie i swych dzieci. Zły Czarownik wstrząsnął się, lecz dziewczyna już tego nawet nie zauważyła. Odkryła bowiem tajemnicę niwelującą wszelkie skutki złego zaklęcia dla tych, którzy nie bali się podjąć wyzwania. Tajemnica polegała na przeniesieniu sie w Krainę Macintosh’a.
W Krainie Macintosh’a wszyscy byli sobie równi. Chłopcy i dziewczyny robili te same rzeczy, uczyli się tych samych rzeczy i żyli takim samym życiem. Nowe umiejętności były łatwe do opanowania, a umiejętność maszynopisania opanowana lata temu przez dziewczynę pomagały jej w opanowaniu wielu nowych spraw szybciej od niejednego chlopaka.  Dziewczyna była zafascynowana i uczyła się coraz więcej. Rozpoczęła zastanawiać się nad tym, czego uczono ją w Krainie US. Dorośli czynili wszystko, co się da, aby sprowadzić ją z powrotem do Krainy US, na najróżniejsze sposoby wyrażając swoje niezadowolenie, lecz dziewczyna już tego nie słuchała, gdyż przełamała złe zaklęcie niedobrego Czarownika. Pierwszy raz w życiu cieszyła się sportem, a chłopcy zapraszali ją do zawodów i gier. Eksperymentowała i uczyła się rzeczy o których chłopcy nie mieli pojęcia. Dzieliła z nimi tą wiedzę a chłopcy nie odsuwali się, gdyż oni też przenieśli się z Krainy US.
Zły czarownik wściekał się i przeklinał, lecz mogł tylko pozostać po ciemnej stronie, gdy ludzie z Krainy US opuszczali ją, udając się w podróż do Krainy Macintosh’a. Ci, którzy to uczynili, byli szczęśliwi i ukontentowani, włącznie z naszą dziewczyną.

- im więcej wolno - tym mniej wypada.

 
QDS
11 Mar 2010 11:41

@Jacku - Czy tekst który tutaj zamieściłeś Nancy Carroll Gravley nie widniał kiedyś na stronach domowych s@ntee?

Kątem OK’a