Często zadaję sobie pytanie: kim jestem? Odpowiedź bywa różna. Zależna od tego, kto pyta, kiedy pyta, w jakich okolicznościach. Dla synów jestem ojcem, dla kolegów ziomem. Dla studentów wykładowcą. Dla makjuzerów zaś jestem przede wszystkim jednym z nich, również makjuzerem.
Kim jesteś, Makjuzerze?
|
|
|
|
Czytało się bardzo miło. Temacik, który poruszyłeś zostawiam sobie na wieczorek do przemyślenia :-) Kątem OK’a |
|
|
A mnie się buduje całkiem dobra kontynuacja wpisu Darka „Lans czy trans”. |
|
|
Dorobiles sobie wlasna filozofie ...Twoje prawo ... do mnie nie przemawia , uzywam narzedzi ( w tym macbook-a ) iii juz bez glebszych przemyslen . ...uzytkownik (podobno) nie istnieje . |
|
|
Butters, jesteś pewien że Boogie nie plumkał sobie ani razu z petkiem nonszalancko na bakier? W tekście nie ma nic na temat Sama zdaje mi się. ;) |
|
Fortepian w Casablance to zdecydowanie byl Sam .To on gral ten slynny temat ,a Bogart i papieroch to jak najbardziej ;) ...uzytkownik (podobno) nie istnieje . |
|
Zgadza się, wiadomy temat grał Sam, stąd też słynny tekst. Ale i Bogart zafortepianił coś mi się zdaje swoje. EOT. ;) |
|
|
Wiadomy temat, wiadomo, Sam :) Ja mam jednak wryty obraz Boogiego, który sobie plumka na klawikordzie, gdy lokal jest pusty, ale pełen przeczucia, że pojawi się ona. Ale może mam tylko wryte. Podobno zapytano kiedyś widzów, czy widzieli w filmie tytułowe “Dziecko Rosemary”, odpowiedzieli, że widzieli na zbliżeniu, choć nie jest ono pokazane :) Może to taka sugestywna atmosfera, a może sztuka montażu i dobra reżyseria sprawiają, że widzimy w dziele coś więcej, niż jest… I wracamy do tematu niechcący :) W tym kontekście, nawet moja pomyłka, jeśli jest pomyłką, nabiera sensu :))) Dziękuje wszystkim za odbiór. p.s. a jednak się różnimy, Mości Panowie, zdecydowana większość obywateli w PL pochłaniała “you can dance”. A my zajmowaliśmy się Boogiem i Ingrid. Ha. |
|
O to, to właśnie. Lokal już zamknięty, od dymu jeszcze siwo. OT - czy Casablankę obejmuję jeszcze prawa autorskie? |
|
|
Sorry Ka ,ze wpycham sie z butami w Twoj watek :D ale ciekawi mnie wasz opinia na temat “Dziecka Rosemary” Polanskiego . Znam ksziazke ,znam film i imo Polanskiemu nie poszlo .Natomiast ksziazka zrobila na mnie duze wrazenie. ...uzytkownik (podobno) nie istnieje . |
|
|
Niestety, chyba tak. Prawo do wizerunku Huphreya. Ostatnio słyszałem o przypadku, że ujęcia z plakatem Jamesa Deana w tle trzeba było wyciąć. Właśnie ze względu na prawo do wizerunku. Ale przyznam, średnio rozumiem o co w tym chodzi. |
|
Nie czuję, żebyś się wpychał. Po to te gawędy w sumie są, żeby do rozmów jakoś zainspirować. Polański to jakoś nie moje kino, ale spojrzałem na “Dziecko” ostatnio i to jednak kawałek dobrej, filmowej roboty. Nie zabiera mnie, ale doceniam. Bardzo. |
|
|
Nie przebrnąłem… sorry winetu ale bzdur o tym jak to apple odmienia życie, o tym jaki to PC i windows jest wstrentny… napisano już wiele. Komputer to narzędzie, jak młotek, czy garnek. Wiadomo że jak młotek dobrze wyważony, z dobrej stali to się nim lepiej wbija gwoździe czy klepię blachę, ale nie widzę tu drugiego dna… |
|
|
Pierwszym wrażeniem po przeczytaniu tego fajnie, z pasją napisanego tekstu było: ojej, ale my to znamy. Nawet nie plusy Maków i jakąś charakterystykę ich użytkowników, ale regularne pojawiania się od lat podobnych wymową tekstów na te same tematy. Pamietam radość z odkrycia dziesięć lat temu baśni Nancy Carrol Gravely “In the land of Macintosh” oryginał jest tu Właściwie powinienem podać całą bibliotekę takich tekstów powstających na przestrzeni dziejów. Choćby tylko po polsku. Przypomnę tylko, że bardzo wiele takich tekstów zamieszczone jest w młodym w końcu piśmie “Moje Jabłuszko”. Natychmiast przyszła refleksja kolejna: wygląda na to, że każda nawet nie generacja a wręcz rocznik pewno odczuwa potrzebę pisania o tym samym od nowa. W sumie - to dobrze, że wciąż Maki się podobają i mimo że się doś poważnie zmieniły, po raz kolejny dochodzi się do tych samych lub bardzo podobnych wniosków. Dla mnie nasuwają się także wnioski innego rodzaju. Jeden z nich, to nie bardzo zrozmiala nieznajomość tego, co przed nami powiedziano na dany temat. Nie oczekuję od każdego zamiłowania do historii, ale dziwi mnie, że przy wyborze tego to a tego nie zapoznajemy się starannie z dokladnymi danymi a więc i historią, rozwojem etc. tego, co mamy zamiar używać. Nie wyobrażam sobie zakupu czy to pary butów, czy tym bardziej narzędzia jak komputer czy samochód, “bo mi powiedział kolega” albo: “bo mi się podoba”. A wniosek taki generalny, to nurtujący mnie od dawna problem który nazwę ogólnie: pisanie “w internecie”. A dobitniej: sens pisania “w internecie”. Nie, nie mam na myśli szybkiej wymiany informacja, rozmów, nawet części korespondencji. Mam na myśli bardzo krótki żywot tekstów ktore mogą być przydane aby je przywołać choćby po kilku latach. I tu się okazuje, że staroświeckie słowo drukowane jest sposobniejsze do powołania się na nie po kilku latach nie mówiąc o czasie dłuższym, niż “nowomodne” medium elektroniczne. Jeśli się pisze coś, na co się chce powołac po latach, nawet nie dzieło wiekopomne a choćby takie jak wspomniane powyżej tłumaczenie baśni Nancy, to coraz bardziej pisanie w internecie staje dla mnie pod znakiem zpytania. Tym bardziej, że jak widzę, mierny jest pożytek z tej formy publikacji, gdyż dostęp do niej bywa trudny gdyż jest zagmatwany w powodzi wszystkiego, co piszą w internecie miliony ludzi, sama informacja żyje bardzo krótko, a zawsze było wiadomo, że to książka, tekst przeżywa autora. Tu jest, jak widzę, zupełnie inaczej. Jak zawsze Jacek A. R. - im więcej wolno - tym mniej wypada. |
|
|
UWAGA: tekst poniższy jest oryginałem z roku 2005, i na skutek słusznej uwagi jednego z Przyjaciół (pozdrawiam, Jakubie !) należy podać uaktualnienia: a więc na dziś, A.D. 2010 Nancy nie tylko żyje ale i ma się dobrze, wciąż publikuje w Macobserverze, napisała prosty i fajny podręcznik używania Maka na użytek takich po pięćdziesiątce, w kolejnej kadencji jest Prezesem MUG czyli Mac Users Group Capmac, oczywiście Austin, TX. Natomiast niestety z powodu kryzysu finansowego ongiś bardzo ważny serwis Macopinion, przez lata uważany za wiodący w tematyce makowych laptopów zamarł; Charles Moore nadal regularnie pisze o makowych laptopach w Power ‘Book Central i w Applelinks Od tłumacza Jakoś początkiem wiosny roku 2000, czytając znany mi od dawna serwis http://www.macobserver.com zwróciłem uwagę na felieton “W krainie Macintosh’a” autorstwa nieznanej mi wówczas Nancy Carroll Gravley. Wiedziałem, że Nancy od dawna prowadzi w Macobserverze swą kolumne “ Computing with bifocals” (komputerowanie dwuogniskowe, czy komputerowanie w podwójnej perspektywie) adresowaną do osób w starszym wieku, na ogół nie mających zielonego pojecia o używaniu komputerów - takich “lamerów”, używając terminologii współczesnej. Tytuł “W krainie Macintosh’a” zabrzmiał mi jak tytuł baśni. Uwielbiam baśnie, i tym staranniej zabrałem sie do lektury tego tekstu, który za łaskawym pozwoleniem Autorki udostępniamy tutaj czytelnikom polskojęzycznym. Podczas lektury pamiętajmy o specyfice wychowania dzieci i młodzieży z klas średnich USA w latach pięćdziesiątych XX wieku. Patrząc w tej perspektywie nie sposób nie docenić roli odgrywanej przez starsze, bardziej intuicyjne w obsłudze komputery z jabłuszkiem w procesie rozwoju wielu twórczych osobowości ludzi, którzy nigdy w młodości nie mieli nic wspólnego z Computer Science czyli z informatyką. Dziś, w roku 2005 Autorka nadal prowadzi swój dział w Macobserverze, jest w obecnej kadencji prezesem znaczącego stowarzyszenia Macuserów http://www.capmac.org w mieście Austin w Texasie. O grupie Capmac i o Nancy Gravley napiszemy więcej przy okazji tłumaczeń jej kolejnych tekstów. Jacek A. Rochacki — http://www.macobserver.com/columns/firstmac/2000/20000510.shtml Computing With Bifocals Pewnego razu, dawno, dawno temu, w odległej krainie, w tym samym miejscu i o tej samej godzinie urodziło się dwoje dzieci: chłopczyk i dziewczynka. Kraina nazywała się Krainą US. Kraina ta nie znała wojen ni głodu, i tak i chłopczyk, i dziewczynka wzrastali w zdrowiu i w sile. Niemniej zły Czarownik rzucił mocne, złe zaklęcie na Krainę US, które powodowało dziwne zachowania dorosłych tej krainy. Chłopak spędzał wiele czasu bawiąc się na świeżym powietrzu. Często brudził się, wdawał w bójki lub przynosił do domu dziwne stworzenia z dworu, lecz dorośli uśmiechali się tylko, mówiąc: “ on jest po prostu chłopakiem”. Chłopak szybko nauczył się ulubionych, popularnych gier tej krainy – piłki nożnej, koszykówki i baseball’u. Rodzice kupili mu specjalne przybory aby pomóc mu wygrywać te gry, i chłopak wyuczył się tego dobrze. Inni dorośli chwalili go , a on sam czynił coraz większe wysiłki, by być tak dobry jak to tylko możliwe. Był zawsze szczęśliwy i bardzo kochany, gdyż w Krainie US był nadzwyczajny. - im więcej wolno - tym mniej wypada. |
|
|
@Jacku - Czy tekst który tutaj zamieściłeś Nancy Carroll Gravley nie widniał kiedyś na stronach domowych s@ntee? Kątem OK’a |
|